Pokazywanie postów oznaczonych etykietą notka stucky. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą notka stucky. Pokaż wszystkie posty

5 czerwca 2017

Stucky notka

N: Jak mówi tytuł - stucky notka, czyli nadszedł czas na comiesięczny tydzień Stucky.

***
Bucky lubił wakacje. Sęk w tym, że nieczęsto miał okazje, by się na nie wybrać.
Tak naprawdę, ciężko było mu przypomnieć sobie ostatni urlop, na którym naprawdę udało mu się zrelaksować, na którym wszystko poszło zgodnie z planem, i które nie zostały przerwane w połowie telefonem informującym ich o tym, że świat się wali. Później okazywało się, że sytuacja nie była aż tak straszna, i że w sumie można by poradzić sobie i bez nich, ale i tak wracali przez myśl, że co, jeśli by odmówili, a okazałoby się, że jednak byli niezbędni? Łatwiej było jednak zrezygnować z wakacji, niż żyć ze świadomością, że byli niemal współwinni tragedii.

Dlatego nie był jakoś szczególnie optymistycznie nastawiony, do obiecanek Steve’a, że tym razem będzie inaczej. Że tym razem o wszystko zadbał, że załatwił wszystko. Jakiś ciężko było mu w to uwierzyć, jednak  starał się wykrzesać z siebie wystarczające pokłady optymizmu, by nie urazić Steve’a. Tego nie chciał, broń Boże. Było po prostu odrobinę… sceptycznie nastawiony do tego planu.
Dlatego pozwolił się Steve’owi spakować – nie mógł w końcu wiedzieć, czy ma pakować zimowe swetry, buty do wspinaczki czy krem na opalanie… – wepchnąć do samochodu – niemal siłą wypchnięty za drzwi przez te niewdzięczne potworki, których wychowaniu poświęcił życie okraszone potem, łzami i plamami na ulubionej kanapie… – i wywieźć na lotnisko.

I w sumie powinien spodziewać się tego, gdzie wylądują.

— Steve, tak szczerze… — zaczął, kiedy dotarli już na miejsce, a on sam przechodził się po drewnianym tarasie otaczającym domek, w którym się zatrzymali. Był mały, drewniany, zbudowany na sporym podwyższeniu, widocznie stylizowany na rozpoznawalne, tubylcze chatki. — Wywiozłeś mnie tutaj, żeby gapić się na mój tyłek w obcisłych kąpielówkach, co?

— Raczej liczyłem na to, że bez nich — zażartował w odpowiedzi, stając w drzwiach. Jednym barkiem wsparł się o framugę. — Długo szukałem takiego miejsca, jak to. W pobliżu mili nie powinno być nikogo.

Bucky uniósł brew.

— To raczej nie oferta jakiegoś hotelu — stwierdził, obracając się tak, by móc patrzeć na Steve’a, opierając się przy tym biodrami o drewnianą barierkę. Choć obawiał się wesprzeć o nią tak naprawdę. Mogła nie wytrzymać jego wagi. — Jak to załatwiłeś i gdzie mnie wywiozłeś, huh?

— Zaczynając od końca – nie mogę ci powiedzieć, żebyś mi nie uciekł. O reszcie nie mogę powiedzieć. To moja słodka tajemnica. — Mrugnął do niego.
Bucky przewrócił oczami.

— Steve, nie jesteśmy już dziećmi. Dawaj, powiedz mi.

— Przykro mi, nie mogę. To tajemnica, co poradzę? — Wzruszył ramionami. — Chyba, że…

— Chyba, że…?

Steve udawał, że przez chwilę się nad tym zastanawia, zanim machnął jednak ręką i powiedział:

— Nie, nie mogę ci powiedzieć. — Pokręcił głową. — To tajemnica.

— Steve… — jęknął niemal cierpiętniczo. — Znowu się na mnie mścisz?

Steve uśmiechnął najszerzej, jak potrafił, odpychając się od framugi, żeby wrócić do środka.
Bucky łatwo mógł się więc zorientować, że ma nieco racji. Dlatego krzyknął za nim:

— Może być jednak i bez nich, jeśli wtedy mi powiesz! — Zanim odbił się od barierki i ruszył za nim.

***

8 maja 2017

Notka + tydzień stucky

N: Zaczynamy więc co miesięczny tydzień Stucky. Pogawędzić można także z już-nie-takimi-małymi dzieciakami.
***
Ian wiedział od zawsze, że jest raczej… dziwnym dzieckiem. Nie dało się ukryć, że odstawał od większości swoich rówieśników, a także dzieciaków, z którymi stykał się na kolejnych etapach swojej edukacji. Zawsze był tym najmłodszym w grupie, tym, który używał dziwnych, dorosłych słów, który zawsze zgłaszał się na lekcjach, odrabiał prace domowe, wybiegając przy tym z materiałem, który zawsze zadawał dużo pytań i wolał książki naukowe – na początku dostosowane do swojej grupy wiekowej, oczywiście – od biegania za piłką czy od jazdy na rowerze. Zawsze ciągnęło go do wiedzy, zawsze chciał wiedzieć więcej i więcej, nie zadawalając się tym, co miała mu do zaoferowania podstawa programowa czy szkolni nauczyciele. Od nudnych lekcji wolał czas spędzany w warsztacie wujka Tony’ego, czy laboratorium doktora Bannera.
Szybko zauważył też, że jego życie nie jest normalne. Że jego rodzice, że cała rodzina – ta związana z rodzicami więzami pokrewieństwa, jak i ta przez nich wybrana – przyciągają dziwną uwagę, że często pojawiają się w gazetach, internetowych artykułach czy telewizyjnych programach, na które przez długi czas nie pozwalano mu nawet zerkać. Wszystkie zakazy były jednak do obejścia, więc szybko zorientował się dlaczego. Zresztą, nie można uchronić dziecka przed wszystkim, prawda? Zwłaszcza, jeśli próbowało mu się wcisnąć kit, że wszystko jest okej, po tym, jak spadło się z ósmego piętra wprost pod koła samochodu. Skutków takiego… bliskiego spotkania nie da się ukryć, wszelkie tłumaczenia o „małych wypadkach przy pracy, które tylko wyglądały groźnie” były wyjątkowo mało wiarygodne. Dlatego już jako siedmiolatek prosił, ba – niemal wymagał tego, by mówiono mu całą prawdę.

A później… Sam tak naprawdę nie wiedział już, co dokładnie popchnęło go do tego, by zacząć bardziej się tym interesować, drążyć cały temat głębiej. Zaczęło się chyba od tego, że usłyszał gdzieś słowo "Hydra". Sama nazwa nie była tak intrygująca jak to, jak bardzo tata – Steve, ten, który nigdy nie nauczył się kłamać – speszył się, mówiąc o tym. A skoro tak zareagował, musiało kryć się za tym coś wyjątkowo ciekawego.
Dlatego właśnie zaczął o tym czytać, wypytywać o to wszystkich, którzy mogli coś o tym wiedzieć. Wtedy nie wiedział jeszcze, że jego plan został rozgryziony już na samym początku, a wszystkie fakty dawkowano mu tak, by przygotować go na prawdziwą bombę.

Od samego początku rodzice mówili mu, że jego biologiczny ojciec był naukowcem. Bardzo inteligentnym człowiekiem, który lata temu dokonywał rzeczy, których nie udało się powtórzyć nikomu po dziś dzień. Że ramię taty Bucky’ego – prawdziwy cud protetyki, nad odtworzeniem którego wujek Tony pracował od lat – było jego dziełem.

I tak, fanie. Bardzo.

Zapomnieli tylko dodać, że był szalonym nazistowskim naukowcem, który prowadził eksperymenty na ludziach, próbował przejąć władzę światem, i który produkował sobie dzieci w laboratorium. Który skrzywdził jego prawdziwego tatę. Który skrzywdził wielu ludzi.
 A to jednak dość istotne szczegóły. Które sprawiły, że zaczął patrzeć inaczej na samego siebie. Zupełnie inaczej. To dało mu motywację, ogromną motywację ku temu, by w przyszłości zostać kimś zupełnie innym niż Arnim Zola. Chciał pomagać ludziom. Jak tylko zdoła.
Miał do tego predyspozycje. Przeskoczył kilka klas, miał szesnaście lat i niedługo rozpocznie naukę na MIT, z listami polecającym nie tylko od Tony’ego Starka, ale także od SHIELD. Mógł  składać papiery do Akademii Nauki i Techniki samego SHIELD, ale… Nie wiedział, czy współpraca z agencją była właśnie tym, czego chciał. Nie chciał zamykać przed sobą innych furtek, dlatego wybrał bezpieczniejszą i nieco bardziej… jawną opcję, jaką było MIT. Niektórzy mogliby powiedzieć też, że znacznie bardziej prestiżową, ale on sam nie zwracał wielkiego uwagi na ten aspekt. Nie zależało mu na prestiżu czy zwracaniu na siebie uwagi. Wręcz przeciwnie. Chciał po cichu robić swoje.

Zresztą, już od dawna zaczynał to robić.
I o ile ani rodzice, ani wujek Tony nie byli zadowoleni, gdy jako dwunastolatek rozbierał protezy Grace na części, o tyle teraz mógł robić to bez problemu. Nie był już dzieckiem, które zgubi gdzieś małe śrubki.
I naprawdę lubił to robić. Mimo braku biologicznego pokrewieństwa Grace była jego młodszą, nieco narwaną siostrą, nieco dziwaczną i nie zawsze zrozumiałą dla niego przez swoje artystyczne zapędy i zamiłowanie do sztuki, do której on nigdy nie odczuwał żadnego pociągu. Byli kompletnie różni, ale byli rodzeństwem i kochał ją, nieważne jaką dziwaczką dla niego była. I jakim dziwadłem on był dla niej. To nie miało znaczenia.

No chyba, że akurat miało.
Wtedy darli koty, dokuczali sobie jak każde rodzeństwo, doprowadzając do szału wszystkich wokół – tatę Bucky’ego zwłaszcza – i z premedytacją donosili na siebie nawzajem, żeby tylko utrzeć nosa temu drugiemu. Ale w gruncie rzeczy – nie było tak źle. I nie zamieniłby tej swojej dziwnej rodziny na żadną inną. Może i byli dziwnym rodzeństwem z jeszcze dziwniejszymi, ponad stuletnimi rodzicami, a do ich rodziny zaliczali się nordycki bóg, naukowiec z syndromem doktora Jekylla czy android związany z wiedźmą, ale… To było dobre. Pod każdym względem.


Dlatego nigdy nie był za nic wdzięczny niż za to, Zola porzucił go wtedy w tamtym laboratorium. Za to, że nie musi być Leopoldem Zolą, a może być sobą – Ianem. 
I zamierzał wykorzystać tę szansę tak dobrze, jak tylko zdoła.
*** 

10 kwietnia 2017

Tydzień Stucky + notka

***
Kilka lat później

Steve wiedział, że Bucky potrafi być wyjątkowo uparty. Bardzo, ale to bardzo uparty, jeśli akurat w coś się wkręci. Przysłowiowe pół biedy, jeśli tym "czymś" była akurat jakaś trywialna sprawa pokroju przesypywania wszelkiego zaopatrzenia kuchni do specjalnych, oznaczonych pojemników czy układanie wszystkiego, co tylko da się ułożyć, w porządku alfabetycznym. Tak, to naprawdę nikomu nie przeszkadzało, były to jedynie niewinne dziwactwa, które nie wyrządzają nikomu krzywdy. Steve nie miał więc większych obiekcji przed tym, żeby odkładać książki tylko w ich wyznaczone w biblioteczce miejsca, nie gdziekolwiek indziej, czy żeby przesypywać ryż do pudełka na ryż, a kawę do szklanego słoika na kawę, bo dlaczego by nie? To w jakiś sposób uszczęśliwiało Bucky’ego. A jeśli Bucky był szczęśliwy, to on także, przynajmniej w pewnym stopniu.
Schody zaczynały się jednak wtedy, kiedy małe obsesje Bucky’ego były nieco bardziej… problematyczne.

15 marca 2017

Notka Stucky

***
Steve wiedział, że Bucky miał lęk wysokości, że bał się gór, nienawidził śniegu. Że ten strach często go paraliżował, odbierał mu dech, wyciskał łzy z oczu. I choć z czasem, z upływem lat zaczęło być lepiej, to wciąż dostrzegał przerażenie w jego oczach.
I Steve obwiniał się o jego stan za każdym razem. Za każdym razem, kiedy widział go w takim stanie, nieważne ile lat minęło i ile zapewnień o tym, że to nie jego wina, usłyszał.

Dlatego bał się przyjechania tutaj, bał się przyjścia tutaj, ale niczego mu nie zabraniał, nie odwodził go od tego, bo Bóg mu świadkiem, że szanował każdą jego decyzję, wciąż za każdym razem był z niego dumny i podziwiał to, że zaszedł aż tu. Kiedy patrzył na niego w takich momentach, jak ten, miał przed oczami ten pierwszy raz, kiedy Bucky przyszedł do niego i patrząc mu w oczy powiedział, że nie chce zrobić tego, co mu zaproponował, że chce czegoś innego. Wciąż pamiętał tę gulę w gardle, to jak z trudem powstrzymywał płacz, bo och, Boże, był z niego wtedy taki dumny! Zresztą, wciąż był. Za każdym razem, kiedy Bucky podejmował dojrzałe decyzje, kiedy szukał jak najlepszego wyjścia, kiedy starał się znaleźć kompromisy – był z niego dumny.
Wiedział więc, że choć nie popiera w pełni tej decyzji, to uszanuje ją i pójdzie z nim. Pójdzie, choćby na koniec świata i będzie go wspierał, ponieważ zawsze próbował zrozumieć jego wybory. Ten rozumiał i choć miał wrażenie, że łamie mu to serce, pomógł wszystko zorganizować i poszedł razem z nim w znienawidzone góry, w miejsce, które nękało ich w koszmarach. Czasem miał wręcz wrażenie, że to on ma większy problem od Bucky’ego. Że to on jest tym, który bardziej się boi.

Bucky zdawał się trzymać zaskakująco dobrze. Był cichszy niż zwykle, ale nie była to ta zła cisza. Ta oznaczała, że Bucky jest po prostu zamyślony, skupiony na własnych myślach, ale nie odsunięty. To znaczyło, że było… w porządku. Nie do końca dobrze, ale w porządku.
Za to Steve czuł, że żołądek zaciska mu się w supeł, a serce niemal pęknie na pół, kiedy zobaczył w oddali zbyt znajome zbocze. Zerknął na Bucky’ego, zrównał się z nim, dotychczas trzymając się o krok w tyle, ale nim zdążył się choć do niego odezwać, Bucky zrzucił plecak na ziemię i opadł na niego, ciężko wypuszczając powietrze z płuc.

— Mam… trzymać się blisko, czy zostawić cię na moment? — spytał, nie do końca wiedząc, czego dokładnie Bucky potrzebuje w tym momencie. Wiedział, że chciał mieć go blisko, ale  mógł potrzebować też odrobiny samotności, intymności.

Bucky pokręcił głową, przyciskając pięść do ust.

— Potrzebuję tylko chwili. Zostań.

Steve przystanął obok, wciskając dłonie do kieszeni ciepłej kurtki. Nie było tak zimno, jak wtedy, choć wciąż wszędzie można było dostrzec śnieg.
Nic nie mówił, jedynie stał w pobliżu tak, jak Bucky tego chciał, i myślał. O wszystkim, o ostatnich latach, o tym jak daleko zaszli po kwietniu dwa tysiące czternastego roku, kiedy wszystko ponownie się zaczęło. Wtedy marzył jedynie o tym, by Bucky był bezpieczny, by nic mu nie groziło, a… Dostał więcej, niż choć odważył się marzyć.

— Mam ochotę krzyczeć — powiedział mu po chwili Bucky, pocierając uda. Steve zauważył, że ręce mu nie drżały. To dobrze. — Mam ochotę wykrzyczeć wszystko. To, jak bardzo się, cholera, wszyscy pomylili.

— Bardzo. — Pokiwał głową, przyklękając obok niego. — Jesteś kimś kompletnie innym, od tego, kim chcieli, żebyś był. — Zacisnął dłoń na jego kolanie. Stałeś się najgorszy w tym, co chcieli, żebyś robił jak najlepiej… A to cholernie duże osiągnięcie.

Bucky parsknął, pocierając twarz dłonią.

— Wiesz, myślałem, że kiedy znów tu będę, to… Przejdę jakieś chrzanione, ostateczne katharsis. Ale… Nie czuję nic szczególnego. — Wyprostował się. — To było tam. — Wskazał na wzgórze. Tor już dawno był nieczynny, po części zasypany, ale doskonale pamiętał to miejsce. — A ja nie jestem… Nie mam ochoty płakać, nie mam ochoty wpaść w szał. Chciałbym po postu… Wykrzyczeć im wszystkim, że się pomylili, że jestem szczęśliwy jak jeszcze nigdy i mam wszystko to, czego zawsze chciałem. Jedynie dotarłem do tego okrężną drogą.

Steve uśmiechnął się lekko, ściągając rękawiczkę z dłoni, by móc wsunąć palce pod rękaw jego kurtki i zacisnąć je wokół jego nadgarstka.

— Bardzo okrężną — potaknął. — I trwającą zdecydowanie zbyt długo.

— Moja wina, że jeden z nas postanowił dramatycznie odejść z tego świata, bo jego miłość zginęła, ale był takim idiotą, że nie potrafił tego zrobić porządnie?

Steve prychnął, klepiąc drugą dłonią w jego udo.

— Dzięki Buck, zawsze potrafisz zepsuć chwilę.

— I za to mnie kochasz.

Steve uśmiechnął się pod nosem, pochylając się na tyle, by móc oprzeć bok czoła o jego ramię.
— Tak, właśnie za to. I za masę innych rzeczy.

— Jesteś na mnie skazany. Przez przeznaczenie. Gdybym wtedy nie spadł, ty nie rozbiłbyś samolotu. Nie wybudzaliby cię siedemdziesiąt lat później, nie pomógłbyś uratować Nowego Jorku, nie zorientowałbyś się, że Hydra nie zdechła i nie zniszczyłbyś mojego programowania. Gdybyś tego nie zrobił, nie mógłbym doprowadzić się do porządku. Nie odnalazłbyś mnie, nie zamieszkalibyśmy razem, a gdyby nie zmiany w świecie, nigdy nie miałbyś jaj, żeby powiedzieć mi, że mnie kochasz — powiedział, Steve pozwolił sobie na pełne oburzenia parskniecie. — Nie bylibyśmy razem, nie przekonałbyś mnie do zaadoptowania Iana, nie odważyłbym się do zaproponowania adopcji Grace, nigdy nie zaciągnąłbyś mnie przed ołtarz…

— Proszę?! Zapamiętałem to sobie nieco inaczej…

— Cicho, nie psuj chwili. Więc, jak mówiłem. Przeznaczenie. To wszystko przeznaczenie.

Steve pokiwał głową, wspierając ją na ramieniu Bucky’ego.

— Przeznaczenie, Bóg – cokolwiek zechcesz. Grunt, że tu jesteś. I że już będziesz. To najważniejsze.

***

10 marca 2017

Notka Stucky + Wszystkiego najlepszego Bucky

N: Co tu dużo mówić, WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO BUCKY! Czas też ogłosić, że chłopcy zostają z nami też na przyszły tydzień, ponieważ czeka ich wycieczka. Dość ważna z punktu duchowego, że tak powiem.

***
Bucky nie lubił swoich urodzin.

Nigdy.

Nie wiedział skąd mu się to wzięło, ale nie lubił ich i już. Uważał przyjęcia urodzinowe i prezenty za stratę pieniędzy i czasu. Znaczy, uważał tak wtedy, kiedy to o jego urodziny chodziło. Lubił kupować prezenty innym, uwielbiał organizować przyjęcia dzieciakom, ale… Swoich nie lubił i już. Nawet mimo tego, że ich domowy budżet nie załamałby się już doszczętnie przez urządzenie choć skromnej imprezy. Zawsze czuł się… dziwnie, podczas takiego przyjęcia, często urządzanego mu w ramach znienawidzonej niespodzianki. Nie cierpiał swoich urodzin i już.
Dlatego cieszył się, że udało mu się ubłagać Steve’a, by w tym roku nie robili kompletnie nic. Zgodził się na huczną imprezę z okazji setki, więc teraz każde urodziny będzie obchodzić po swojemu. No, aż do sto pięćdziesiątych. Je też może uczcić bardziej szczególnie. Ale pozostałe? Po co? Zgodził się jedynie na to, by Steve zabrał go na kolację. Choć głównie dlatego, że dzięki temu spędzą czas tylko we dwoje, a tego dość często im jednak brakowało. Wciąż często mijali się w drzwiach, a kiedy już obaj byli w domu, ciężko było im znaleźć czas tylko dla siebie. Dlatego nie chciał żadnej imprezy w większym gronie.

Zwłaszcza, że dziś nie miał czego świętować. Bo był ponad stuletnim czterdziestolatkiem zamkniętym w ciele trzydziestolatka. O mentalności dwudziestolatka, ale to już inna sprawa. Rozchodziło się o to, że według swoich obliczeń kończył dziś czterdzieści lat.

Czterdzieści.

I Boże… Był taki… stary.
Nawet nie wiedział, kiedy doszedł do takiego wieku. Jeszcze niedawno miał dwadzieścia trzy lata i był święcie przekonany, że wygra wojnę i heroicznie powróci do domu. Cóż, jak wiadomo – nie wrócił. Ale łapał się już na tym, że doszedł do takiego momentu w życiu, w którym… po prostu tego nie żałował. Był szczęśliwy, miał rodzinę, dzieciaki, za które dałby się pokroić i przestał przejmować się ukradzionymi latami. Miał jeszcze wiele lat do przeżycia i wierzył, że to wszystko nie wydarzyło się bez powodu. Że wszystko musiało potoczyć się tak, nie inaczej, by mogli spotkać się ze Steve’m po siedemdziesięciu latach, wbrew wszelkim prawom logiki.

A teraz miał czterdzieści – ponad sto – lat, dwójkę dzieci, domowe zoo i był zaobrączkowany.
I miał ochotę krzyknąć "Pieprz się Hydro, pierdol się Zola! Patrz gdzie zaszedłem i kim jestem!". Był z siebie dumny. Jak jasna cholera. Bo był tym, kim zawsze chciał być, nie tym, kim oni chcieli, żeby się stał.
Kochał Steve’a, kochał swoje dzieciaki, kochał swoje małe zoo, swój pochrzaniony dom i swoją makietę, która rozrosła się już niemal na pół piwnicy. Uwielbiał ją, naprawdę uwielbiał, a zajmowanie się nią uspokajało go jak nic innego. Lepił wzgórza, montował drzewka, malował figurki… Dbał o każdy szczegół. Dlatego pomimo niechęci do wszelkich prezentów, ucieszył się jak dziecko, kiedy otworzył pudełko, które rano podrzucił mu Steve. Dał się wyściskać, zrobił dzieciakom śniadanie i oddał je w ręce Steve’a, samemu zaszywając się na dole. Przynajmniej do czasu, aż Steve wrócił po odwiezieniu ich do szkół.

Nie mógł się nie uśmiechać, kiedy wyciągał kolejne części zawartości pudełka na blat. Steve twierdził, że tylko pomagał dzieciakom w malowaniu, ale i tak wiedział, że większość nieco bardziej profesjonalnych szczegółów i wykończeń to była jego kreska. Ale cała reszta? To była ich praca. Udawał, że o niczym nie wie, ale nie raz słyszał jak się sprzeczały.

Obejrzał się za siebie, słysząc znajome, miarowe kroki Steve’a na schodach.

— I jak, pasują? — Steve podszedł bliżej, by zerknąć mu przez ramię na domek, który trzymał w dłoniach. Nie byłby przy tym sobą, gdyby nie schował twarzy w jego włosach. — Przy kominie jest włącznik światła. Ian go zrobił.

— Oczywiście. — Uśmiechnął się do niego, ostrożnie odkładając domek na blat. Włącznik był wykonany zdecydowanie zbyt profesjonalnie jak na dziewięciolatka, ale oduczył się już martwienia tym. — Czasem wciąć nie mogę sobie wybaczyć, że kiedyś nie chciałem zgodzić się na to, żebyśmy się nim zajęli.

— Przestań. To nic złego, mogłeś się bać. — Wsparł brodę na jego ramieniu, garbiąc się nieco. — Też się bałem. Przy Grace nawet bardziej. A teraz? Spójrz na nich.

— Patrzę. Ciągle patrzę. — Sięgnął ramieniem za siebie, by przygładzić jego włosy.

— Jestem z nich dumny. Z nich i z ciebie. Jak nigdy z nikogo innego.

— Jesteś ze mnie dumny? — Zerknął na niego kątem oka.

— Bardzo. Jestem dumny i kocham cię. — Odsunął się nieznacznie, by móc spojrzeć mu w oczy. Zawsze tak robił, kiedy to mówił.

— A chcesz coś dla mnie zrobić? — spytał ostrożnie. Zastanawiał się nad tym od dłuższego czasu, ale nie wiedział, jak się za to zabrać. — Taki… prezent?

— Oczywiście. Zawsze. — Wyprostował się, jak zawsze gotowy, by spełnić jego nawet największą zachciankę. — Co tylko chcesz.

— Zabierz mnie w Alpy.

Steve wyglądał na nieco strapionego, zdziwionego, kiedy upewnił się, że dobrze usłyszał:

— W Alpy? Ciebie? Nie cierpisz gór, ciągle to powtarzasz.

— Czas to zmienić. — Odwrócił się, by oprzeć się biodrami o kraniec blatu. — Chcę dostać się w jedno miejsce.

Steve patrzył na niego uważnie, nie od razu rozumiejąc, o co mu chodzi. Po chwili jednak zdawało się już to do niego dotrzeć, a uwaga ustąpiła miejsca zaniepokojeniu.

— Tam?

— Tak, tam. Linia kolejowa nie jest już używana i… — Oblizał wargi, czując absurdalną suchość w ustach. — Czytałem, że można tam dotrzeć. Większa część drogi jest płaska, to wąwóz. Dla nas to nic. Wystarczy ciepła kurtka.

— Bucky… Jesteś pewien?

— Jak już dawno nie byłem.

 Musiał odwiedzić to miejsce. Musiał je zobaczyć. Wreszcie na stałe zamknąć pewien etap. To była już przeszłość, a on… A on chciał zrobić to tak, jak powinien. Chciał tam pójść  i wykrzyczeć, że to on wygrał.

***

6 lutego 2017

TYDZIEŃ TEMATYCZNY - STUCKY I NOTKA

N: Kolejna króciutka drobinka, która nieco wprowadzi nas w życie naszego ulubionego małżeństwa. Tym razem pytania kierować można także do Sama Wilsona i Mercedes Knight!
***

Steve zakrztusił się kawą i zakasłał, kiedy Bucky poklepał go po plecach. Zamrugał szybko, próbując przyswoić to, co właśnie usłyszał, i spojrzał na Sama niemal z niedowierzaniem.

— Przepraszam, ale możesz powtórzyć?

Sam westchnął – zadziwiająco ciężko, jak zauważył Steve – pocierając skroń.

— To, co słyszałeś. Będę mieć dziecko. A teraz proszę bardzo Barnes, bo za chwilę wybuchniesz. — Wskazał na Bucky’ego dłonią. Bez większego entuzjazmu, niemal poddańczym gestem, bo naprawdę ostatnim czego teraz potrzebował, były mądrości Bucky’ego Barnesa.

— Bucky, nie… — zaczął Steve.

— Proszę, tylko jeden punkt.

— Jeden! — Spojrzał na niego błagalnym wzrokiem, a potem odchrząknął i wstał, by rzucić w stronę Sama tryumfalne „HA!”. — Pamiętasz jak ostatnio nabijałeś się z nas, kiedy ominęła nas kolejna impreza, bo dzieciaki złapała grypa? Jak chciałeś opijać śmierć naszego życia towarzyskiego? Karma wraca! —dorzucił jeszcze, po czym usiadł ze spokojnym „Już”.

Steve pokręcił głową. Bucky był… cóż, był Bucky’m, więc nie było sensu zwracać mu uwagi.

— Nie cieszysz się? — spytał, obrzucając Sama nieco zdziwionym spojrzeniem.

Zawsze sądził, że Sam chcę założyć rodzinę, prędzej lub później. Lubił dzieci, a dzieci lubiły jego. Miał stałą partnerkę…

— Cieszę się, oczywiście, że się cieszę — zareagował momentalnie. — Tylko…

… jednak było pewne „ale”. I cóż, dość znaczące „ale”…

— Znasz Misty. Jakby to powiedzieć… Spójrz na Barnesa, okej? — Machnął ręką na Bucky’ego, wygodniej siadając w fotelu. — To idiota. Ryzykant... A zresztą, po co ci to tłumaczę, skoro ty jesteś jeszcze gorszy? — Opadł na siedzenie, przejeżdżając dłońmi po twarzy. — Misty jest taka sama. Nie potrafi odpuścić, wiecznie ryzykuje. Śledzi niebezpiecznych typów, zapuszcza się w parszywe dzielnice i nie chce słyszeć o zmianie pracy. Nawet teraz!
— Misty jest uparta, ale nie głupia. — Steve starał się użyć swojego uspakajającego tonu, ale Sam zmierzył go takim wzrokiem, że jedynie odchrząknął, zmieniając podejście. — W końcu odpuści, wiesz to.

— Zasugerowałem jej, że to dobry moment, by zmienić pracę…

Bucky wykrzywił twarz w grymasie współczucia, z cichym „Facet…” na ustach, i poprawił się na podłokietniku fotela, opierając się plecami o bok Steve’a.

— Efekt jest taki, że siedzę tutaj. Łatwo domyślić się dlaczego.

— Wykopała cię? — Bucky oparł brodę na czubku głowy Steve’a, spoglądając na Sama. — Przejdzie jej. Wydaj pół wypłaty na czekoladki, kup największego pluszaka jakiego znajdziesz…

— To sposób na ciebie, Barnes — prychnął Sam.

— I zapewnij, że cokolwiek postanowi, będziesz w pełni popierał jej decyzję, bo wierzysz, że podejmie słuszną.

— Będzie wiedziała, że kłamię.

— Być może. — Rozłożył ramiona. — Ale może zacznie mieć też wątpliwości i wyjdzie na twoje.

—  To też sposób na Bucky’ego — skwitował Steve. — Dawaj Sam, wierzymy, że dasz radę. Kto, jak nie ty? — Splótł palce i oparł przedramiona dłoni o kolana, pochylając do przodu. Bucky wsparł łokieć na jego plecach. — To ty dawałeś nam kopniaki na starcie. Ciągle nam je dajesz, więc… — Przerwał na moment, szukając najlepszego określenia. — Przestań chrzanić, rusz dupę i zrób to, co do ciebie należy, próbując niczego nie skiepścić.

Bucky uniósł brwi.

— Prawie. — Pociągnął kosmyk jego włosów. — Powinieneś powiedzieć "spieprzyć", ale i tak byłeś blisko.

Sam pokręcił głową. Nim jednak zdążył coś powiedzieć, rozległ się dźwięk ogłaszający przyjście esemesa. Wyjął telefon i odczytał wiadomość:

Wracaj do domu. Musimy porozmawiać.

Nie wiedział czy ma się cieszyć, czy jednak bać. Miał ogromną nadzieję, że chodziło o to pierwsze. Nie chciał się z nią kłócić. Nie kolejny raz tego samego dnia i to dnia, w którym powinni się cieszyć i wspierać, nie użerać ze sobą.

Będę za kwadrans. Kocham cię.

Odpisał i wsunął telefon do kieszeni. Musiał jeszcze wstąpić do sklepu po czekoladki i pluszaka. Bardzo dużego pluszaka.

— Muszę się zbierać. — Podniósł się z fotela, uśmiechając się lekko. — Jeśli nie dam znać wieczorem, wiedzcie, że źle skończyłem.

— Będziemy wspierać cię mentalnie. — Steve odpowiedział uśmiechem.

— Tak do godziny pierwszej po południu — dopowiedział Bucky. — Potem przez tak… z dwa albo trzy kwadranse będziemy skakać sobie do gardeł i kłócić się o to, kto pojedzie po dzieciaki i będzie obskakiwać wszystkie zajęcia pozaszkolne, klnąc na korki i brak miejsc parkingowych.

— Co prawda mamy ustalone grafiki, ale i tak się o to kłócimy.

— Każdego dnia. — Bucky uśmiechnął się szeroko, okręcając się tak, by móc oprzeć drugie przedramię na plecach Steve’a.

— Dzięki, potraficie nastawić człowieka optymistycznie — skwitował Sam, ściągając swoją kurtkę z oparcia. — Odezwę się później. Jak przeżyję — dodał jeszcze, robiąc krok nad rozciągniętą na dywanie Americą.

— I vice versa — rzucił za nim Bucky. ― Z odezwaniem, nie z przeżyciem.

Kiedy tylko usłyszał jak za Wilsonem zamykają się drzwi, bardziej przylgnął do Steve’a, niemal opierając cały swój ciężar na jego plecach i potarł brodą jego skroń.

— Jedziesz po dzieciaki — zamruczał, starając się przybrać swój najseksowniejszy ton.

Steve obrócił głowę tak, by ich nosy się stykały.

— Nigdy w życiu, to twój tydzień.

— Chcesz szlaban na…

Steve parsknął, wykręcając się z jego objęć.

— Zawsze pękasz pierwszy. A to twój tydzień, mamy to na papierze! ― rzucił za siebie, kierując się do kuchni.

Bucky prychnął, ześlizgując się z oparcia na fotel i skrzyżował ramiona na piersi.
Matko, kochał ich dzieciaki, cieszył się, że mają różne zainteresowania, że mają przyjaciół, ale… Jak on nienawidził ich na nie zawozić.

***

23 grudnia 2016

Tydzień tematyczny - Stucky i notka

N: W dniach 24-01.01 pytania kierować można także do dzieciaczków!
***
Bucky nawet lubił Święta. Nie traktował ich jako wydarzenia religijnego, to w końcu nie btła jego wiara, a raczej jako powód do wyrzucenia fortuny na zakupach, obwieszenia domu od góry do dołu świecidełkami oraz spotkania się w ich pochrzanionym gronie. Nie wybierali się do restauracji – nikt nie byłby w stanie ich ogarnąć poważnie – a spotykali się na kolacji w domu, starając się pogodzić ze sobą kilka kompletnie różnych sposobów spędzania Świąt, wywodzących się różnych stron kraju, globu. I wszechświata, jeśli policzy się to, że gościć będą asgardzkiego boga, radośnie świętującego „dzień urodzin wielkiego Jezusa, syna bezimiennego władcy Królestwa Niebieskiego”. Tak, poważnie.

Nie cierpiał za to świątecznych przygotowań, porządków i sterczenia godzinami w kuchni, by przygotować nadziewanego warzywami indyka i tonę pozostałego jedzenia. Jasne, każdy przynosił coś od siebie – Jane i Thor (z trudem udało jej się przekonać go, że pieczony prosiak nie jest im potrzebny) odpowiadali za pieczoną szynkę w sosie borówkowym, która była fenomenalna – jednak to oni organizowali kolację, więc na nich spadała większość obowiązków. A raczej na niego, bo z trudem wyuczone podstawy kulinarne Steve’a nie wykraczały poza kilka potraw, więc wolał wygonić go z kuchni, by nie marnować czasu na poprawki.

— Wilson wpadnie sam? — Zerknął przez ramię na składającego koszulki Steve’a. — Rozmawiałem z nim wczoraj i był nabuzowany.

Steve potrząsnął lekko ramionami.

— Nie jest pewien, ale na dziewięćdziesiąt dziewięć procent będzie z Mercedes. Namówi ją, by nie brała zleceń. A o to głównie im się rozchodzi.

— Już kiedyś to słyszałem — mruknął. — I jak to się skończyło?

Oparł kosz z rzeczami do prania o biodro i ruszył w stronę drzwi prowadzących z sypialni na korytarz, zgarniając jeszcze po drodze brudną od sosu i tłuszczu koszulkę, którą rzucił na poręcz fotela. Ostatnim, czego potrzebował i co miał w planach na dzisiejszy dzień było pranie, ale powrót ze spotkania ze Świętym Mikołajem z piernikowej wioski w centrum handlowym przerodził się w małą bitwę na błoto – nie było śniegu, było za to sporo deszczu, ale dzieciakom nijak to nie przeszkodziło – musieli dodać do harmonogramu dnia. Zostawił więc Steve’a z kupą prania do złożenia i uporządkowania oraz z nakazem ruszenia tyłka do kuchni, by zrobić sałatkę ziemniaczaną i posiekać warzywa do indyka, a sam ruszył do ich małej pralni, by wrzucić do pralki kolejną turę prania.
Przyhaczył jeszcze o pokój Iana, zaniepokojony dziwną ciszą, która zapadła jakiś kwadrans temu, stukając dwukrotnie kłykciami w drzwi, a potem wszedł do środka, okręcając się wokół własnej osi, by mieć swoje wielkie wejście.

Przeczesał pomieszczenie wzrokiem, a potem uniósł brwi.

— Co nabroiliście?

Grace wzruszyła ramionami, a Ian schował coś za plecami. Jak zauważył Bucky – kartkę.

— Co chcecie nabroić?

— Nic — odpowiedział mu Ian, a Grace energicznie pokręciła głową na potwierdzenie jego słów. Znaczy słowa. — Bawimy się.

Bucky zmrużył oczy, a potem krzyknął przez ramię:

— Steve, nasze dzieci znowu coś knują!

— Jeśli znów zakładają pułapkę na Mikołaja, powiedz im, że nie mogą! Na Thora też nie! — odkrzyknął.

— Wasza ostatnia "Pułapka na wujka Thora" niemal posłała babcię do szpitala i pamiętacie jak się to skończyło, co? Jeśli dowiem się, że w tym roku skończy się to podobnie… — wskazał w ich stronę palcem. — Będę bardzo smutny. Steve też, nawet bardziej. A tego nie chcecie, prawda?

— E-e. — Grace znów pokręciła głową, roztrzepując włosy we wszystkie strony. — Nie chcemy.

— Bardzo się cieszę. Więc knujcie ile chcecie, byleby nie skończyło się to źle. Jeszcze Mikołaj się obrazi i co wtedy? — Mrugnął do Iana, który wiedział o co mu chodzi. Już jakiś czas temu pochwalił się Steve’owi, że będzie udawać zakładanie pułapki na Mikołaja, żeby Grace nie było smutno.

 Wychodząc na korytarz zauważył jeszcze, że ten poklepuje Grace – przestraszoną zapewne wizją obrażonego Świętego – po plecach.
Uśmiechnął do wychodzącego z sypialni Steve’a i całkowitym przypadkiem uderzył go łokciem, przechodząc obok niego.

— Mam ostrzec Thora i przejrzeć dom? — spytał go Steve, znacząco zerkając w stronę drzwi do pokoju Iana.

Bucky pokręcił głową.

— Nie, jeszcze nie. Jutro. Jeśli znów to zrobią, będę wściekły — mruknął.

— Nie zrobią — zapewnił go Steve. — Zapewne pamiętają do teraz to, jak je zrugałeś. I to, że Kim prawie złamała nogę — dodał. — Poza tym, przecież Ian już jest dorosły, a dorośli nie robią takich rzeczy, prawda?

Bucky parsknął.

— Jeszcze czego. Mają zakaz dorastania.

***

28 listopada 2016

Tydzień tematyczny - Stucky i notka

N: Zgodnie z kalendarzem dziś rozpoczynam comiesięczny tydzień Stucky, który rozpoczniemy taką oto drobinką: 
***
Bucky nie cierpiał być wzywany do szkoły. Wymigiwał kiedy tylko mógł, zrzucał ten obowiązek na Steve’a, robił wszystko, by nie wylądować na tym przeklętym dywaniku w gabinecie dyrektorki. Nie czuł się przez to wyrodnym rodzicem, zupełnie nie. Wiedział, że choć nie jest najlepszym ojcem tego świata, zdecydowanie nie, to nie łapał się nawet do pierwszej setki tych najgorszych. Choć czasem miał wrażenie, że według szanownej pani dyrektor powinien zajmować miejsce na podium za sam fakt istnienia. Nie cierpiał tego babsztyla i to z wzajemnością, jednak szkoła, którą się zajmowała, była dobrą placówką z doskonałym położeniem. Zaciskał więc zęby i starał się być tak miły, jak tylko potrafił, czego babka zdecydowanie mu nie ułatwiała. Dlatego wolał wysyłać do jej gabinetu Steve’a, który zdecydowanie lepiej radził sobie z utrzymaniem nerwów na wodzy, a do tego słuchając jej nie wyobrażał sobie przebijania jej opon nożem.
Dlatego kiedy tylko odsłuchał wiadomość ze szkoły, miał ochotę się znokautować i wylądować na piętrze szpitalnym bazy razem ze Steve’m, który zafundował sobie wyciąganie szkieł z tyłka – dobra,  z ud, ale co za różnica? – i kilka szwów. Bucky wiedział, że któryś z nich miał pojawić się na dywaniku u Jefferson już dwie godziny tego, więc cmoknął Steve’a na pożegnanie, obiecując, że zadba o niego w domu, a potem szybko zrzucił z siebie cały swój mały arsenał i mundur, wskoczył w dżinsy – tak, wiedział, że powinny być nieco luźniejsze, ale co poradził, że właśnie takie lubił? – i ruszył w stronę St. Marks Avenue, przeklinając pod nosem korki, przez które nie mógł skoczyć jeszcze po kawę.

Bucky kochał kawę. Kawa kochała Bucky’ego.
Dlatego właśnie nie potrafili bez siebie żyć i potrzebowali siebie każdego ranka.

Bucky zaparkował SUV-a na parkingu przy skwerze, naciągnął kaptur bluzy niemal na oczy i zarzucił kurtkę na ramiona, niemal biegiem ruszając w stronę budynku szkoły, zamykając za sobą samochód. Lało jak z cebra, więc zwinnie ominął jadący samochód, unikając ochlapania, i wbiegając pod zadaszone wejście budynku, zrzucił kaptur z głowy i otrzepał mokre włosy. Uśmiechnął się do ochroniarza, skinając mu głową na powitanie – nie musiał się tłumaczyć, dobrze go już znali i wiedzieli po co w szkole ląduje on albo Steve – i ruszył w stronę gabinetu smoczycy.
Zapukał do drzwi sekretariatu, przez który wejść można było do gabinetu szanownej i nieomylnej pani dyrektor Jefferson, nietolerującej w swojej placówce łobuzów i aktów wandalizmu. Bucky także ich nie tolerował, ale wychodził jednak z założenia, że czasem skopanie tyłka komuś, do kogo nietrafianą żadne prośby, argumenty czy groźby, wcale nie było takie złe. A jego największym problemem było to, że wygłosił to twierdzenie na głos, co Ian szybko podłapał i czego nie mogli mu wyperswadować, ponieważ zawsze znajdował coś na swoją obronę. Dzieciak był czasem zbyt cwany.

Przywitał się z panną McCarthy, po czym przeszedł do sedna:

— Co znów narobił? — westchnął ciężko, znacząco kiwając głową w stronę Iana siedzącego na jednym z rzędu krzeseł stojących pod ścianą.

— To co zawsze. — Uśmiechnęła się.

Bucky pokiwał głową i podszedł do nadąsanego Iana, czochrając mu włosy.

— Cześć młody. — Usiadł obok niego i wykorzystując moment nieobecności sekretarki, która weszła do gabinetu smoczycy dodał: — Wiem, że mądry z ciebie dzieciak. Ja to wiem, ty to wiesz, wszyscy do wiedzą. Znasz sytuację. Więc proszę, powiedz mi, dlaczego ciągle się w coś wplątujesz? — Oparł łokcie na kolana i pochylił się, by lepiej móc patrzeć mu w twarz. — Wiesz, że kochamy ciebie i twoją siostrę, i nie chcemy was stracić. A wdawaniem się w bójki nam tego nie ułatwiasz.

Ian wydął dolną wargę.

— Wiem.

— Więc dlaczego sytuacja ciągle się powtarza?

— Naśmiewał się z Grace.

— Dlatego popchnąłeś go na kubeł na śmieci? — Bucky ściągnął brwi.

— Słabszych trzeba bronić, tak mówicie. — Ian uniósł brodę, patrząc mu w oczy tak hardo, jak tylko był w stanie siedmiolatek. — Grace jest słabsza, a ja jestem jej starszym bratem. Muszę jej bronić.

Bucky nie mógł się nie uśmiechnąć.

Hej! Znajdź sobie kogoś w swoim rozmiarze!

Poklepał Iana po głowie.

— Oficjalnie jestem wściekły. Nieoficjalnie… — Pochylił się, przyciszając głos. — Jestem dumny. I zły. Ale dumny, ty nasz rycerzu.

Nie ma co, trafił im się dzieciak.
***