Pokazywanie postów oznaczonych etykietą notka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą notka. Pokaż wszystkie posty

30 maja 2017

#76

N: Najbliższe notki będą pojawiać się nie co tydzień, a co dwa tygodnie. Niestety :( Nie wiem, jak długo będzie utrzymywał się taki stan rzeczy, ale nie dam rady dodawać ich co tydzień, jeśli doba nie zacznie trwać czterdzieści osiem godzin.
***
22 maja 2017
Każdy kolejny budynek wyglądał na niedawno opuszczony.
Wszędzie walały się porozrzucane dokumenty i sprzęt laboratoryjny, wyrzucone z szafek archiwum szuflady, porzucone wyposażenie, ale nigdzie nie było żywej duszy. Hydra za każdym razem była o krok przed nimi i Steve coraz bardziej wierzył w to, że musi mieć kreta w SHIELD. Jak inaczej wytłumaczyć to, że zawsze wiedzą, kiedy należy się ewakuować?
Najważniejszym było dla nich odnalezienie ofiar eksperymentów, a nie pustych cel. W najlepszym przypadku. W gorszym – znajdowali tam trupa. Każdy z nich należał do tej nieszczęśliwej grupy Nieludzi, której wygląd przybliżał ich bardziej do wyobrażeń na temat kosmitów niż do zwykłych ludzi. Porośnięci futrem, z łuskami lub kościami przebijającym skórę, ze zniekształconymi twarzami, bez oczu, zmutowanymi kończynami… W większości były to dzieci, maksymalnie nastolatkowe, czasem nawet niemowlęta.

15 maja 2017

#75

***
8 maja 2017

Ostatnie dwa kwadranse spędzili w ciszy, gapiąc się w blat stołu – jedynego mebla w pomieszczeniu prócz stojących przy nim krzeseł – lub ścianę. Nie było nawet lustra weneckiego albo widocznej kamery, na której można by zawiesić wzrok.
A Bucky musiał przyznać, że był… zaniepokojony. Nie, nie tym, że marnowali czas, który im przydzielono, ale raczej faktem, że ta cisza mu nie ciążyła. Przeciwnie. Był skłonny uznać ją za jedną z tych cisz, które są niemal komfortowe. I to było… dziwne. W jakimś sensie odrzucające wręcz i…

— Byłeś kiedyś zmęczony?

2 maja 2017

#74

N: Rozwiązujemy sprawę kodów, zyskujemy poszlaki, a Bucky zapowiada, że będzie chciał zamienić kilka słów z jednym panem.
***
Wanda czuła, że nie jest odpowiednią osobą na odpowiednim miejscu. Nie chodziło jednak nawet o to, że uważała swoje umiejętności za niewystarczające, a raczej o to, że… Czuła się nieco niedopasowana do towarzystwa.
Wiedziała, że Barnes za nią nie przepada. Od samego początku się z tym nie krył, a najprzyjaźniejszą relacją, na jaką mogła liczyć z jego strony zdawało się być chłodne tolerowanie jej obecności. Nie okazywał już tak jawnie swojej niechęci, nie próbował atakować jej w jakikolwiek sposób, a ograniczał się jedynie – a może aż – do ignorowania jej obecności na tyle, na ile mógł sobie na to pozwolić. Czasem nie wiedziała, co było gorsze.

24 kwietnia 2017

#73

***
24 kwietnia 2016

— Każda placówka SHIELD ma pomnik dla agentów poległych na służbie. Na takich ścianach można prześledzić całą historię SHIELD.

Ava obejrzała się przez ramię, kiedy za jej plecami odezwał się czyjś głos.
Młoda kobieta, niewiele starsza od niej. Ciemnobrązowe włosy, lekko falowane włosy do brody, nieco orientalne rysy. Skądś ją znała.

— Kiedy pierwszy raz ją zobaczyłam… — kontynuowała, stając obok. — Pomyślałam sobie „Wow, ściana walecznych. Ściana chwały. Muszą być z tego dumni. Chciałabym być jak oni” — mówiła, zdając się przy tym parodiować własny ton. — Teraz już tak tego nie widzę. To nie ściana chwały, to… Nasza ściana płaczu.

4 kwietnia 2017

#72

***
Kwiecień 2017

Steve nie lubił deszczu.
Zawsze przynosił ze sobą wilgoć, która utrzymywała się wokół jeszcze długi czas po jego ustaniu. A Steve ze swoją astmą i alergiami zdecydowanie nie przepadał za wilgocią. I nawet teraz, kiedy wszelkie choroby już dawno odeszły w niepamięć, Steve nie zmienił swojego nastawienia. Wciąż nie był fanem deszczowej pogody.
A w Wakandzie przez jej równikowe położenie padało często. I zdecydowanie zbyt często był to ulewny deszcz.

Przez to nastój Steve’a był jeszcze bardziej pochmurny. Ale co mógł poradzić na to, że zdecydowanie zbyt często miał wrażenie, że nawet natura postanowiła być przeciw niemu? Jakby miał zbyt mało problemów pomimo panującej na zewnątrz pięknej, słonecznej aurze, więc ktoś lub coś postanowiło mu kilka dołożyć.

— Jesteś tego pewny? — Oderwał spojrzenie od ulewnego deszczu na zewnątrz. Wystarczyłoby wysunąć rękę przed siebie, poza zadaszony taras, a w ciągu kilku sekund jego rękaw byłby przelany do ostatniej, najmniejszej nitki.

Spojrzał na T’Challę, zaciskając palce na balustradzie.

— Od dawno przeczuwałem, że M’Baku się nie podda. To byłoby do niego niepodobne. — Stanął obok, robiąc krok w przód i splótł dłonie za plecami. — Jednak nie tylko on jest zawzięty w dążeniu do celu.

— Tak, coś o tym wiem — potaknął, niemal mimowolnie przypominając sobie ich rozmowę podczas drogi do Berlina, tuż po incydencie z Bukaresztu.

T’Challa najwidoczniej przypomniał sobie te same sytuacje, ponieważ kąciki jego ust drgnęły lekko ku górze.

— Znaczącą różnicą miedzy nami jest jednak to, że prędzej lub później potrafię przyznać się do tego, że nie miałem racji. On brnie dalej, nie dopuszczając do siebie myśli o pomyłce.

— A to niebezpieczne — skwitował jego słowa.

Steve dobrze wiedział, jak toksyczne może być przekonanie o nieomylności swoich działań. Z autopsji. Zdecydowanie zbyt dobrze.

— Tak. — T’Challa skinął nieznaczenie głową, przyznając mu rację. — Uważa, że byłby lepszym królem. Nie chce uznać mojej władzy, podważa autorytet, szukając poparcia.

— Obawiasz się go? — spytał, a na krótki moment utkwił spojrzenie w swoich palcach, śledząc wzrokiem spływające po nich krople wody. Mimowolnie zacisnął palce mocniej. Naprawdę nie lubił deszczu.

— Ze wstydem muszę przyznać, że nie doceniałem jego możliwości. Nauczyłem się, że lekceważenie przeciwnika może doprowadzić do szybkiej klęski, że zawsze trzeba okazać nieco pokory, jednak… Nie przypuszczałem, że posunie się tak daleko. — Przez chwilę patrzył przed siebie, w jakiś tylko sobie wiadomy punkt, zanim kontynuował: — I to był mój błąd. Powinienem przypuszczać, że jak jego przodkowie, tak i M’Baku nie będzie mieć żadnych skrupułów. Nie bez powodu klan Jabari został wyklęty.

Steve jedynie pokiwał głową, nie wiedząc, co miałby powiedzieć. Nie znał ich historii, nie mógł więc wypowiadać się na temat tak ważnej sprawy, niemal nie mając o niej pojęcia. Wiedział jedynie, do czego posunął się M’Baku.
Wakanda mimo swojego zaawansowania technicznego, wciąż była bardzo bliska naturze i wciąż pielęgnowała dawne tradycje. To było w niej najbardziej fascynujące. Że wśród przeszklonych drapaczy chmur wciąż dostrzec można gliniane chaty, niemal nie tkniętą ludzką ręką dżunglę, że wśród nowoczesnych, niemal futurystycznych pojazdów przechadzały się zwierzęta. To było… zbyt harmoniczne, by Steve mógł pojąć, jak udało im się tego dokonać, kiedy reszta świata parła na przód, nie oglądając się za siebie i najchętniej zapominając o przeszłości. Choć tak, były wyjątki. Zbyt zapatrzone w przeszłość, by zdołać ruszyć na przód. Lub zbyt destrukcyjne, by dokonać jakiegokolwiek kroku w przód.
Dlatego Wakanda tak go intrygowała.

Starał się też zrozumieć ich kulturę, zwyczaje, ale wciąż wiele było przed nim. Rozumiał jednak, że zachwali część ze swoich dawnych wierzeń, dlatego wiadomość o tym, co zrobił niejaki M’Baku, tak… wstrząsnęła T’Challą. Choć nie wiedział, czy to właściwe określenie. T’Challa rzadko pozwolił sobie na pokazanie, że coś wyprowadziło go z równowagi, że wstrząsnęło nim czy rozwścieczyło. Nawet ścigając Bucky’ego utrzymywał fasadę opanowania. Ale Steve wiedział, że w tym środowisku jest to konieczność.
Wiedział też jednak, że coś takiego nie mogło nie zrobić na nim żadnego wrażenia. Jego dawny wróg powrócił, zabiwszy jedno ze świętych zwierząt. Co prawda Steve nie wiedział niemal nic na temat tutejszych tajemniczych rytuałów, ale wiedział, że po zabiciu białego goryla, M’Baku w jakiś sposób zyskał dzięki temu jego siłę i zwinność. Co w pewnym sensie jeszcze bardziej utrudniało Steve’owi zrozumienie jego niechęci do Uzdolnionych i poparcia dla Protokołu.

— Opozycja pod jego przywództwem wciąż rośnie — powiedział po chwili T’Challa. — Nienawidził mojego ojca, ale teraz wykorzystuje to, że lud go kochał. Ja nie jestem moim ojcem. Podejmowane przeze mnie decyzje nie zawsze będą zgodne z tym, czego by pragnął.

— Protokół nie jest już tym, czym twój ojciec chciał, by był. — Steve nie wiedział, czy miało być to pocieszające, czy usprawiedliwiające, ale musiał coś powiedzieć.

— Jednak nie każdy zdaje sobie z tego sprawę. Nie jestem też pewien, czy M’Baku zdaje sobie sprawę z konsekwencji, jakie mogłyby przynieść jego działania. Zdaje się patrzeć jedynie na korzyści, nie dostrzegając tego, jak skończyłoby się nadanie dostępu do vibranium niemal całemu światu, a do tego doprowadziłby podpisanie Protokołu.

— Nowy etap wyścigu zbrojeń?

— W najlepszym przypadku — zgodził się. — Dlatego właśnie nie mogę do tego dopuścić.

Steve pokiwał głową, mówiąc:

— Zaczynam się chyba domyślać, do czego dążysz. — Uśmiechnął się nieznacznie. — Jeśli któryś ze zwolenników Protokołu zdobyłby dowody na to, że tutaj jesteśmy… Nie możemy do tego dopuścić. — Pokręcił głową. — I tak zbyt wiele zrobiłeś, choć…

— Zrobiłem tyle, ile uznałem za słuszne — T’Challa wszedł mu w słowo. — A może nawet mniej. Lubię cię, Kapitanie. Dlatego wiedz, że będziecie mogli przebywać tutaj tak długo, aż wasi przyjaciele w SHIELD nie znajdą dla was bezpiecznego miejsca. Nie chcemy, żeby sytuacja się powtórzyła — zaznaczył.

— To fakt — zgodził się, odsuwając od barierki. — Porozmawiam z Coulsonem, tym razem rozegramy to inaczej. Zupełnie inaczej — dodał, bo nie można było nazwać tego doprecyzowaniem. — Ale mimo wszystko, już zawsze będę ci wdzięczny za to, co zrobiłeś. — Skinął głową, prostując się. — Jeśli tylko pomoc któregoś z nas będzie ci potrzebna, zawsze możesz na nas liczyć.

— Wy na moją także, Kapitanie.

Wymienili uściski dłoni, zanim Steve skierował się do wnętrza budynku, żeby kolejny już raz skontaktować się z Coulsonem.

Wszystko układało się idealnie.
***
Wanda nawet lubiła medytację i nie miała kompletnie nic przeciwko temu, by spędzać długi czas w tureckim siadzie. Zazwyczaj. Zdecydowanym wyjątkiem były te chwile, kiedy musiała robić to, lewitując kilkanaście stóp nad ziemią.
Opanowała już unoszenie przedmiotów, na których stała lub siedziała, choć wciąż wychodziło jej to nieco… chwiejnie, ale z zmuszanie własnego ciała do lewitacji to już zupełnie inna, bardziej skomplikowana sprawa, choć na pierwszy rzut oka mogła wyglądać bardzo podobnie i opierać się na tych samych założeniach. Użyj głowy, użyj rąk, unieś coś. Proste, prawda? Nie, jednak nie.

— Długo jeszcze muszę to robić? — krzyknęła, nie będąc pewną, gdzie dokładnie stała Izanami. Bała się spojrzeć w dół, wyczuć jej, żeby się nie zdekoncentrować i nie runąć na ziemię.

— Dobrze ci idzie, Wando — rzuciła, uśmiechając się pod nosem, kiedy na nią zerknęła. — Ciesz się, że możesz robić to na zadaszonym tarasie!

Wanda chciała coś odkrzyknąć, ale zachwiała się niebezpiecznie, więc skupiła się na tym, by utrzymywać się w miejscu.
Czasem naprawdę nienawidziłaby Randall, gdyby tak jej nie lubiła.
 
— Tak w sumie, to po co każesz jej to robić? — spytał Bucky, stojąc obok Izanami, z rękami wciśniętymi w kieszenie.

— Przyda jej się — skwitowała, zerkając na niego krótko. — A ty przyszedłeś, by dowiedzieć się, co przyda się tobie?

— Nie do końca. — Wzruszył ramionami. Wiedział, że ona i tak wie, po co chciał z nią porozmawiać, ale wciąż mógł sprawiać pozory, prawda?

— Wiesz, że nie mogę powiedzieć wiele.

— Nie chcę wiedzieć wiele — powiedział, wpatrując się w plecy Maximoff. — Nie chcę żadnych szczegółów czy czegoś w tym stylu, chciałbym…

— Wiedzieć jedynie, czy będzie dobrze? — dopowiedziała, stając obok niego, ramię w ramię.

— To by wystarczyło — mruknął, nie chcąc za bardzo okazywać, że faktycznie jakoś mu na tym zależy.

— Znam twoją historię — zaczęła, układając w głowie wszystko to, co może mu powiedzieć. Zdecydowanie nie było tego wiele. A słowa, w jakie powinna to obrać, także nie są prostym wyborem. — A najsmutniejszą jej częścią jest to, że nie ma szczęśliwego początku, środka czy zakończenia. — Spojrzała na niego. — Ale miała szczęśliwe epizody, prawda? I wciąż masz jeszcze czas, możesz zmienić pewien jej etap. Bardzo istotny. Ale wszystko zależy od ciebie, James. Nikt inny nie podejmie twoich wyborów. — Pochyliła się nieco bliżej. — Więc przykro mi, ale koniec z obwinianiem innych za to, jak gówniane jest twoje życie. — Uśmiechnęła się nieco.

— Czyli gówniany koniec, ale nie przesądzony jeszcze do końca środek? — spytał, nie do końca rozumiejąc to, co powiedziała.

— Można tak powiedzieć.

Cóż, to nie było… aż takie złe. Od dawna wiedział, że nie skończy dobrze.

— Już wystarczy Wando, szło ci doskonale — zwróciła się do Maximoff, przelotnie poklepując ramię Bucky’ego.

Wanda opuściła się na ziemię, chwiejnie stając na posadzce.

— Mam  nadzieję, że naprawdę mi się to przyda — mruknęła.

— Przyda. Już niedługo.

***

27 marca 2017

#71 (Bucky)

N: Wiem, że dziś ot nic pasjonującego, ale taka lista naprawdę niedługo się przyda i lepiej mieć wszystko w jednym miejscu, niż skakać po siedemdziesięciu notkach. Do tego jest tu spory spojler. Choć może raczej nie tyle spojler, co zapowiedź.
***
20 marca 2017
Wpis 35 

20 marca 2017

#70

N: Żegnamy naszych chłopców i wracamy do naszej "normy". Nie oczekujmy jednak cudów po tej normie. I tak wszystko będzie pokręcone.
***
marzec 2017
Izanami Randall widziała wiele śmierci.

Za każdym razem, kiedy zamykała oczy, kiedy zasypiał, nie będąc w stanie dłużej utrzymać się na nogach, nawiedzały ją obrazy śmierci. Czasem były to wspomnienia, bardzo obrazowe, dokładne sceny, innym razem jedynie niejasne, symboliczne wizje, których znaczenia musiała się domyślać. Czasem były to wyraźne postaci, znajome twarze, innym razem rozmazane sylwetki ludzi, których dopiero pozna.

27 lutego 2017

#69

N: Ta notka to trochę taki zapychacz, ponieważ w przyszłym tygodniu wypada tydzień Stucky (i urodziny Bucky’ego, tak bajedełejem), a z akcją ruszymy za dwa tygodnie. Będzie powiązanie z komiksami, będą postaci z AoS, a Bucky pozna kobietę, która być może zostanie tą właściwą.
***
Bucky czuł, że coś jest nie tak.

Czuł to od kilu dni, od momentu, w którym ocknął się w szpitalnym łóżku, ale nie potrafił tego sprecyzować. Intuicja podpowiadała mu, że coś jest nie tak, ale nie wiedział, czym to coś jest. I to go irytowało. Jak diabli. A to sprawiało, że jego durna paranoja znowu przybierała na sile. Starał się jednak wmawiać sobie, że to nic takiego, że to tylko jego głupie urojenia, które męczyły go przecież miesiącami. Przyzwyczaił się już do nich, nauczył z nimi walczyć, więc musi jedynie to sobie przypomnieć i starać zachowywać się jak najnormalniej. Jak na niego, oczywiście. Nie oczekujmy cudów.
Dlatego grzecznie przychodził na badania, niemal na stałe zamieszkując w skrzydle szpitalnym. Czuł się nieco skrępowany, kiedy badano go na niemal każdy możliwy sposób, ale obiecał współpracować. Gryzł się w język, liczył do dziesięciu, czasem nawet do setki, ale współpracował. Co było do niego raczej… niepodobne?

20 lutego 2017

#68

N: Znowu was okłamałam. Deadnę kogoś, ale jeszcze nie teraz :* Jakbym to zapowiedziała, efektu by nie było. Pytania kierować można do Steve'a, Bucky'ego i do... Kogo chcecie?
***
19 lutego 2017

Kiedy sala opustoszała, Sharon mogła choć nieznacznie odetchnąć i znowu zabrać się do pracy.  Nie była aż tak odurzona, by nie wiedzieć, o czym rozmawiają wokół, by nie móc znaleźć żadnego wyjścia z sytuacji. Bali się podawać jej większe dawki. Nie chcieli jej za bardzo uszkodzić.

Ponieważ według tego nazistowskiego cyborga, cholernego Zoli, była w dwunastym tygodniu ciąży.

13 lutego 2017

#67

N: Wzmianka o Hongkongu, Nowym Jorku i Londynie oznaczają zrównanie linii fabularnej z filmem „Doctor Strange”. I tak, wiem, że mnie znielubicie jeszcze bardziej za to coś poniżej.

Pytania kierować można w tym tygodniu do Steve'a Rogersa, Hope van Dyne i Wandy Maximoff.
***
Bucky nie wiedział, co wyrwało go ze snu.
Choć nie. Nie. To nie był sen. To był… To był niebyt.

Jęknął ciężko, próbując podnieść głowę, choć otworzyć oczy, ale nie był w stanie. Z trudem zacisnął szczęki, próbując zdusić nieznośny pisk w głowie. Jego głowa bolała. Jego mózg płonął. Jakby…

30 stycznia 2017

#66

N: Zaczynamy więc tydzień teamu IM!
***

Od kilku lat Tony nie nazywał się już playboy’em, a raczej koneserem kobiecego piękna. Traktował to jak… podziwianie sztuki w muzeum, zamiast w galerii jak dawniej. Wciąż widział piękno sztuki, wciąż mógł pragnąć jej z daleka, ale nie mógł już jej posiąść na własność. Była poza jego zasięgiem z różnych, głównie moralnych względów. Chciał udowodnić sobie i pokazać Pepper, że nawet pomimo rozstania nie wróci do dawnych nawyków.
Dojrzał, zmienił się. Nie pił, nie imprezował. Nawet zaczął regularnie brać leki i jeść przygotowywane przez Visiona posiłki! Co prawda czasem ich smak pozostawiał sporo do życzenia, ale przygotowywał je android nie posiadający receptorów smaku, więc można było przymknąć na to oko. A zresztą, każdy jego posiłek musiał być zgodny z ustalonym przez dietetyka jadłospisem, który zdecydowanie nie należał do najsmaczniejszych. Ale przez niemal trzydzieści lat ciągłego balowania, nieregularnego trybu życia, braku snu, alkoholu traktowanego jako pełnoprawne posiłki, masy stresu i noszenia radioaktywnego palladu w piersi przez kilka miesięcy, doprowadził się do takiego stanu, że musiał naprawdę zacząć się starać, jeśli chciał dożyć choć sześćdziesiątki.

15 stycznia 2017

#65

N: Jak to się mówi - krótko, zwięźle i na temat.
***
styczeń 2017

Steve jasno przedstawił sytuację doktorowi Inesowi. Nieważne co się wydarzy – antidotum ma być w pełni skuteczne. Jeśli doktor twierdził, że tak właśnie jest, Steve miło i kulturalnie prosił o przetestowanie go, by sam mógł się o tym przekonać.

Jest pan pewien, doktorze? spytał, obracając w dłoniach zabezpieczoną próbkę z zielonkawą substancją.

Poprawi okulary, które zsunęły mu się na czubek nosa.

Tak… Tak, oczywiście. Surowica jest gotowa do przetestowania. Test na szczurach przebiegł w pełni poprawnie.

Więc proszę to pokazać.

9 stycznia 2017

#64

N: Miałam dodać notkę wczoraj wieczorem, ale miałam mały poślizg. Wyjaśniam to, ponieważ pojawiają się tutaj wieczorne wiadomości.
***
styczeń 2017

<Zdjęcie zrobiła przypadkowa osoba podczas ataku na ulicy Filadelfii… Jest dziś ze mną kongresmen Wilson. Czy widząc pani takie zdjęcie, skłaniałaby się nad zwiększeniem nadzoru nad osobami takimi jak…>

Steve wyłączył głos i odrzucił pilota na biurko, wplatając palce w przydługie już włosy na karku. Pociągnął za nie, starając się doprowadzić do porządku. Wieczorne wiadomości zawsze potrafiły wytrącić go z równowagi. Jeśli poruszały temat związany jakkolwiek z Protokołem, było to wręcz nie do uniknięcia. Nie cierpiał tych steków bzdur, które takie programy serwowały widzom, stawiając wszelkich uzdolnionych w koszmarnym świetle. Od kiedy "wzmacniacze bojowe" weszły do obiegu na czarnym rynku, zaczęło być tylko gorzej. Dzięki Bogu – kimkolwiek lub czymkolwiek jest i bez względu na jego dziwne poczucie humoru – działania surowicy nie zrzucono na Nadludzi.  

2 stycznia 2017

#62

N: Żegnamy więc naszą szczęśliwą rodzinkę i wracamy do mniej szczęśliwej gromadki.
***
styczeń 2017

Sam przełączył zamontowane w masce gogle na wykrywanie podczerwieni i skupił się na skanowaniu terenu wokół przejętego kompleksu magazynów utworzonego na terenie dawnego portu. Oficjalnie niedziałającego. Nieoficjalnie – przerzucającego towar w nocy z niedzieli na poniedziałek, równo co dwa tygodnie.
Podejrzewali, że za wszystkim stoi IGH – wojskowa organizacja testująca na żołnierzach leki nielegalne leki i maczająca palce w eksperymentach na ludziach. Usłyszeli ostatnio o "wzmacniaczach bojowych", czyli proszkach oddziałujących na nadnercze i wpływających na produkowaną przez nie ilość adrenaliny. Zwiększały siłę i odporność na ból, spowolniały zmęczenie, przyśpieszały metabolizm oraz regenerację sił. Miały jednak sporo skutków ubocznych, o których dowiedzieli się, kiedy część leków wyciekła, ruszając w obrót na czarnym rynku. Jej pojawienie się przyniosło spore żniwa zarówno wśród narkomanów, "fanów większych wrażeń", jak i ludzi próbujących dorównać coraz większej grupie Uzdolnionych. „Chcieli poczuć się bezpiecznie na własnym podwórku” – jak powiedział jeden dzieciak, którego kumpel kilka minut po zażyciu prochów i rzuceniu samochodem, zwyczajnie przestał oddychać. „Jakby jego płuca zapomniały, jak to robić” – powiedział.

19 grudnia 2016

#62

N: Wiem, wiem, miała być akcja, ale po dłuższym zastanowieniu stwierdziłam, że zaczęcie teraz byłoby kiepskim pomysłem, ponieważ w następnym tygodniu wypadają świąteczne odwiedziny Stucky, więc byłaby spora przerwa. Na akcję musicie poczekać więc aż do przyszłego roku, ale obiecuję, że wtedy ruszymy już z kopyta. Teraz mamy tylko bardzo ogólny zarys jednego z wątków.
***
grudzień 2016

Wanda lubiła momenty, w których mogła być po prostu Wandą. Czasem miała wręcz ochotę wyjść na środek Time Square i powiedzieć:

„Cześć, jestem Wanda. Mam dwadzieścia pięć lat, lubię czerwony, krótkie spódniczki i cheeseburgery. Kocham się w Hugh Grantcie, mam wszystkie płyty Michaela Buble. Płaczę, oglądając Titanica. Nie jestem tylko Szkarłatną Wiedźmą.”

5 grudnia 2016

#61

N: Na samym chcę przeprosić za to, że w przyszłym tygodniu notka się nie pojawi, a na pewno nie w terminie. Ten tydzień będę mieć zawalony, mam spory referat do napisania, wiec zwyczajnie nie dam rady się wyrobić :( Ale od #62 zacznie się akcja, więc mam nadzieję, że wam to wynagrodzę.

***
grudzień 2016

Metalowe drzwi ustąpiły z oporem i głośnym skrzypnięciem. Wmontowana w nie szyba obserwacyjna była zaschnięta brudem, a zasłaniająca ją zasuwa wisiała naderwana, kołysząc się skrzypiąco.
Skierował światło latarki przed siebie, wchodząc do środka celi.  

24 listopada 2016

#60 (Tony)

***
listopad 2016

Tony Stark spytany o to, czy uważa się za złego człowieka, bez chwili wahania odpowiedziałby, że nie. Wyprostowałby plecy, przygładził klapy marynarki, uśmiechnąłby się swoim firmowym uśmiechem numer cztery, który zarezerwowany jest tylko dla wścibskich ludzi i dziennikarzy, i powiedziałby, że jest dumny z tego, co udało mu się dokonać dla Ameryki, dla świata.

13 listopada 2016

#59 (Sam)

N: Wiem, że zawsze piszę coś przed notką, ale dziś nie wiem, czym miałoby to być. Więc podrzucę fotkę Izanami - klik. Pasowałaby na nią Lana Condor, przynajmniej według mnie.

***
listopad 2016

— Chwila, chwila, bo chyba czegoś nie łapię. — Sam odchylił się na krześle, opierając dłonie na blacie białego stołu. Stojącego na białej podłodze w pomieszczeniu, gdzie wszystko było białe. Sam zaczynał nienawidzić biel. — Nie eksperymentowano na tobie, nie jesteś Nieczłowiekiem, a po prostu opętała cię tajemnicza, kosmiczna siła… przepraszam – istota, z która oddała ci swoje moce i z którą kontaktujesz się, kiedy śpisz, wychodząc ze swojego ciała i teleportując się do jej… świata? I takich jak ty jest więcej, a cały ten rytuał powtarzany jest co kilkadziesiąt lat, ponieważ jakaś obca, starożytna cywilizacja troszczy się o dobro ludzkości?

7 listopada 2016

#58 (Bucky + wtrącenie Hope)

N: Bluzgi, dużo bluzgów. I przemoc. Opisana za pomocą bluzgów. Czyli norma dla Bucky’ego.

***
listopad 2016

Istniało wiele rzeczy, których Bucky Barnes nienawidził jak jasna cholera.

Początek tej listy zaczynał się niewinnie, zawierając w sobie działające mu na nerwy typy ludzi – od plotkar i sępów wpychających nosy w nieswoje sprawy, przez ludzi pieprzących się mu nad głową, zapominając przy tym jak głos rozchodzi się po zniszczonym budownictwie, kończąc na dewiantach i zwykłych chujach, których spotkał zdecydowanie zbyt wielu. I cóż, dzięki zmianom, które nastały w jego życiu w ciągu ostatnich miesięcy, natykał się już tylko na ten ostatni typ. Nie, żeby tęsknił za tym, jak ktoś stęka mu nad głową, ale nie obraziłby się, gdyby cała, pieprzona, Hydra nagle wyparowała, a on już nigdy nie musiałby mieć z nią do czynienia. To byłby naprawdę miły zwrot akcji, który wywołałby szeroki, szczery uśmiech na jego twarzy, który nie miałby w sobie ani krzty ironicznego grymasu, który zdecydowanie częściej gościł na jego twarzy. Tak, to było jedno z jego marzeń, życzenie, które wypowiadałby zdmuchując świeczki. Płonące bazy, pełne sprzętu i chorych sukinsynów, maczających łapy w działaniach Hydry, oglądałby z błyszczącymi oczami i uśmiechem dziecka dostającego wymarzony prezent. I miałby gdzieś to, że ktoś mógłby uznać go za chorego psychicznie psychopatę.

23 października 2016

#57

N: Oprócz wprowadzenia Hope niewiele tak naprawdę się dzieję, ale od następnej notki zacznie się już akcja, słowo.

***
24 października 2016

/Bucky nawet nie starał się ukryć zdziwienia, kiedy Steve powierzył mu stery. Jasne, wiedział, że tak naprawdę tylko on i Steve mieli większą wprawę w pilotowaniu Jeta, i że najpewniej był w tym lepszy od Rogersa – musiał być – ale i tak nieco go to zdziwiło. Zwłaszcza, że po czasie pozostawił go samego za sterami, przejmując rolę nawigatora.
/Jet był niewykrywalny, Swann o to zadbała, jednak nawet pomimo tego zdecydowali się zrezygnować z wszelkiej elektronicznej pomocy, która została w nim zamontowano, w tym z wspomagającego autopilota czy systemu naprowadzającego. Pozostawili jedynie system maskowania, bez którego nie udałoby im się pozostać niezauważonymi. Poza tym wystarczył im podręczny GPS, na który Steve zerkał od czasu do czasu. Miał doskonałą pamięć, świetną orientację, więc nie byli zdani na łaskę systemu naprowadzającego Jeta. Gdyby tylko się uprali, dotarliby do wskazanego miejsca bez żadnych technologicznych ułatwień, jedynie ze starą mapą i kompasem. Jasne, zajęłoby im to o wiele więcej czasu i nie byłoby łatwym zadaniem, jednak byli na tyle upartą parą skurczybków, że daliby radę tylko po to, by utrzeć nosa wszystkim wokół.