N: Muszę przyznać, że jestem strasznie niezadowolona z tej notki. Ale za to #50 wypadło już lepiej. Pojawi się jutro rano, wyjaśniając kilka spraw z "#49 Bucky". I tak, pięćdziesiątka nie ma już "Bucky" w tytule. To ten, ja uciekam.
***
15 sierpnia
2016
— Mam małe déjà vu, mon capitaine —
mówię, zerkając na niego przez ramię. Choć był to tylko cichy szept, wiem, że
mnie usłyszał.
— W jakim sensie?
/Stąpa za mną, stawia stopy
niemal idealnie w miejsce moich kroków, osłaniając się tarczą. Jest inna,
zdecydowanie mniej barwna, ciemna i jednolita, nie zalatująca tak głupotą i
brawurą jak poprzednia.
/Nie wygląda też jak pieprzony cel
przymocowany do jego pleców.
— Przypomniało mi dawne czasy…
— Nie chcę wam
przerywać gruchania, mon tourtereaux — mówi Barton, wyraźnie mnie przedrzeźniając. — Ale to nie czas i
miejsce na wspominki. Umówicie się po
robocie.
— Jesteś zwyczajnie
zazdrosny — odszeptuję do komunikatora.
/Przylegam
plecami do ściany i posuwam się wzdłuż niej, by wyjrzeć zza rogu. Czujniki nie
reagują, nie wykrywając żadnego niebezpieczeństwa w najbliższym otoczeniu, ale
po tym jak nawaliły ostatnim razem, wolę upewnić się starymi, sprawdzonymi
metodami. Działały przez siedemdziesiąt lat, więc zadziałają też teraz.
/Na korytarzu nie ma nikogo.
— To jest aż nadto podejrzane — mówię, wysuwając się na
korytarz. Nie muszę się oglądać, by wiedzieć, że Steve idzie za mną. — Jasne,
skupienie ochrony wokół laboratorium ma sens, ale dlaczego resztę obiektu
pozostawili bez ochrony?
— Może sądzili, że nikt nie przedrze się przez ochronę przy wejściach? —
zauważa Lang.
/Zerkam
przez ramię, by zerknąć na Ant-Mana, siedzącego na ramieniu Steve’a.
— Wystarczyło kilka granatów
gazowych. I Maximoff — dodaję nieco niechętnie.
/Jasne,
okazała się przydatna, ściągnęła ochronie hełmy, ale to nie znaczy, że od razu
mam ją polubić.
/Albo zacząć jej ufać. Co to, to nie.
Zdecydowanie nie jest kimś, do kogo obróciłbym się plecami.
/Człowiek może odejść z Hydry, ale
Hydra nigdy nie odejdzie z człowieka. Czy jakoś tak to leciało… Nieważne. Po
prostu nie zamierzam ufać komuś, kto dobrowolnie wstąpił do Hydry. I mam do
tego pieprzone prawo. Mam je i nikt
mi go nie zabierze, nawet pieprzone, urażone serce Rogersa.
/Wysuwam się na korytarz i przystaję,
czekając aż Steve — i Ant-Man –
stanie obok mnie. Opuszczam broń, spoglądają na niego wyczekująco, w sposób,
który – mam nadzieję – mówił „I co dalej?”.
— Co dalej, Cap? — pyta
Lang, jakby czytając mi w myślach.
— Jenn, mogłabyś nas wspomóc, proszę? — pyta Steve, zapewne
odruchowo przykładając palec wskazujący do ucha. — Tego rozgałęzienia nie było
na planach. Na lewo czy… — Nie kończy, a potem kiwa głową i wskazuje w prawo. —
Jennifer mówi, że ścianę musiano postawić niedawno. Właśnie aktualizuje dane,
ale doprowadzi nas do celu okrężną drogą. Clint, Wanda, Sam — ponownie zwraca
się do komunikatora. Jeśli można tak to nazwać. Tak, chyba można. — Musicie
zmienić pozycje. Jennifer poda wam nowe lokalizacje.
— Robi się, Cap —
odpowiada Wilson.
/Ze
swoimi skrzydłami nie byłby zbyt użyteczny w zamkniętej przestrzeni. Wymachując
nimi mógłby wszystko tylko utrudnić, więc rozsądniej było pozostawić go na
czatach, na zewnątrz bazy.
/Swann pozostała Jetcie, nie
wykrywając sygnatury Arkady’ego na terenie bazy… Cóż, mam nadzieję, że tym
razem to nie awaria. Naprawdę
chciałbym wyjść stąd żywy i o własnych siłach.
/Fakt,
że Swann pozostała w Jetcie, miał jeszcze jeden, spory plus – stamtąd bez
najmniejszego problemu mogła zapętlać obraz kamer tak, by nie było to
podejrzane nawet przy głębszym przyjrzeniu się, dzięki czemu nie musimy się aż tak kryć. W granicach rozsądku,
oczywiście. Nigdy nie można czuć się zbyt
pewnie.
/Kolejnym małym plusem jest też to, że
w razie potrzeby Swann mogłaby wyłączyć zabezpieczenia w wyjściach czy wszelkie
czujniki. Albo je włączyć. Zależnie od potrzeby.
/Wysuwam
się na korytarz, luźno trzymając broń. Moją małą M4A1.
/Widząc
kilku żołnierzy wychodzących z kolejnego rozgałęzienia, cofam się i wyciągam
granat zza paska i spoglądam znacząco na Steve’a. I Langa, choć, cholera,
ciągle zapominam, że tam siedzi. Ma maskę, więc gaz mu nie straszny, a dla
Steve’a i dla mnie to żaden problem.
/Pochylam się, odbezpieczam granat i
kulam go w ich stronę jak najbliżej ściany, chowając się za ścianą. Mógłbym go
rzucić, jasne, że mógłbym, ale to byłoby zbyt widoczne.
/Trzy… Dwa… Odin…
/Dźwięk
uwalnianego gazu, krztuszenia się i zduszonego okrzyku, a później głuchy łoskot
opadających na ziemię ciał jest sygnałem, że możemy pójść dalej.
/Idę pierwszy, wiedząc, że Steve podąża
za mną. Pozwala mi na to, choć wiem, że zawsze jest w gotowości, by rzucić się
przede mnie, zasłaniając nas tarczą.
/Jak teraz.
/Pochylam
się, słysząc świst przecinającej powietrze tarczy. Przelatuje nad moją głową, odbija
się rykoszetem od ściany i uderza w dwóch żołnierzy Hydry, powalając na ziemię,
by odbić się od ziemi i wrócić do Steve’a.
/Wciąż nie wiem jak to coś, do
cholery, działa. To nielogiczne.
— Łoł — przeciąga Lang. I jest to
irytujące jak diabli. — Uważaj,
Kapitanie, tutaj nie ma pasów.
—
Przepraszam.
/Wznoszę oczy ku górze i mam gdzieś to, że może to być nazbyt ekspresyjne,
bo poważnie? To dla niego takie… typowe.
/Jeden
z żołnierzy wydaje z siebie bolesny jęk, próbując się podnieść, ale rezygnuje i
opada z powrotem na beton.
/Spoglądam na Steve’a, znacząco
zerkając na broń, ale zaprzecza ruchem głowy. Nie to nie. Ograniczam się tylko
do kopnięcia stękającego żołnierza w głowę, gdy przechodzę obok niego. Dzięki
temu mam przynajmniej pewność, że nie wstanie zbyt szybko. Choć nie wiem
dlaczego w ogóle miałby wstawać. To Hydra. Dlaczego ktoś miałby chcieć, by
wstawał?
/Słysząc miarowe, szybkie kroki w korytarzu, odwracam się, by
zobaczyć biegnącego w naszą stronę Bartona.
— Nie
miałeś czasem pilnować tyłów?
/Wzrusza ramionami.
— Wanda i
Sam dadzą sobie radę. A ja nie przepuszczę okazji spotkania się z Somodorovem.
Chciałbym omówić z nim kilka spraw. — Uśmiecha się.
— Nie mamy
pewności, że tutaj jest — mówi Steve, stopując go nieco.
— Zaryzykuję
— ucina.
/Steve
nie odpowiada, a mierzy go tylko uważnym spojrzeniem, zastanawiając się zapewne
nad tym, czy Barton nie wywinie czegoś głupiego. To by było w jego stylu.
/W naszym.
Nie jestem lepszy. Raczej jeszcze gorszy.
/Może dlatego Steve tak kurczowo się
mnie trzymał i za nic nie chciał się rozdzielić? Ta, coś w tym jest. Choć może
chodzić też o to, że nie chciał mnie zostawiać samego w bazie zajmowanej przez
Hydrę. W tym też coś jest. Może nawet jest to większe coś.
/Przez chwilę idę kilka stóp za
Rogersem, ale przyśpieszam i równam się z nim, zostawiając Bartona nieco z
tyłu.
/Dziwi mnie to, że nie ma tutaj najemników Kane-Meyer’s. Powinni tutaj być, wszystko wskazywało
na to, że to oni powinni trzymać wartę. Dlaczego więc natykaliśmy się tylko na
te godne pożałowania miernoty z Hydry?
/To nie trzyma się kupy.
— W lewo i piętro w dół — mówi Steve.
— Schody czy winda? — pytam, zerkając na windę. Jest nowa,
wręcz zbyt nowa jak dla opuszczonej fabryki pośrodku niczego. — Osobiście
wybrałbym schody i nie ryzykował.
/Steve
kiwa głową i kieruje się w stronę schodów. Wymijam go, wczepiając M4A1 do
kabury na plecach, by wyciągnąć zwykłą broń jednoręczną z pociskami
elektrycznymi, którą pokazuje Steve’owi.
/Nie kłopocząc się schodzeniem schodami, przeskakuję przez żelazną
barierkę i uginając nogi, ląduję piętro niżej. Tak jak się spodziewałem, drzwi
do dawnej hali, która najpewniej przerobiona została na główne laboratorium,
obstawione są ochroną.
/Dziesięciu. Uzbrojonych.
/Odbijam
się na ugiętych nogach, robiąc przewrót i podcinam nogi jednemu z celujących do
mnie żołnierzy, strzelając mu w skroń. Kopnięciem wytrącam broń drugiemu z nich
i uderzam go kolbą w potylicę, a potem strzelam do kolejnego. Wiem, że naboje
są na tyle silne, by nie wstali zbyt szybko.
/Robię unik, a potem chwytam kark jednego z żołnierzy i
rzucając go na ścianę, uderzam zaciśniętą w pięść dłonią protezy w jego
potylicę. Kiedy odbijam się od ściany,
by kopnąć kolejnego z nich – piątego
– w głowę, dwóch kolejnych pada, z elektrycznymi strzałami wczepionymi w czoło.
/Jeszcze trzech.
/Kiedy Barton wystrzeliwuje kolejną parę
strzał, strzelam w twarz ostatniemu z żołnierzy. Elektryczny pocisk wbija mu
się prosto między oczy, a kiedy jego ciało w drgawkach opada na ziemię,
odwracam się w stronę stojącego za Bartonem Steve’a.
—
Co? Będziemy teraz tak stać? — pytam, kiwnięciem głowy wskazując na potężne
drzwi za swoimi plecami.
/Automatyczne,
wzmocnione czym tylko się da, mające dobre cztery stopy grubości, jeśli nie
więcej.
—
Jennifer, mogłabyś otworzyć nam drzwi, proszę? — pyta Steve, pewniej chwytając
tarczę, gdy staje obok, po mojej prawej.
/Zmieniam
bronie, chowając elektryka do kabury przy pasie i ściągając M4 z pleców, i
zerkam na ramię Steve’a, na Langa, który staje i podskakuje kilka razy w
miejscu, jakby rozgrzewając się do walki.
—
Jeszcze nie — stopuje go Barton, naciągając cięciwę łuku. Cholerny szpaner
znowu używa trzech strzał naraz.
/Lang
kiwa głową, nie odzywając się – wie, że nie może rzucać się w oczy, to
zniszczyłoby cały plan – i siada, by po chwili zsunąć się wzdłuż paska uprzęży,
która przytrzymuje tarczę na plecach Steve’a.
/Trzymając
broń jedną ręką, wyciągam jeden z małych, hukowych granatów z kieszeni munduru.
Nie wyrządzi zbyt wielkiej szkody – tak naprawdę to nie wyrządzi niemal żadnej
– ale chwilowo zdekoncentruje.
/A
o to teraz chodzi.
/Kiedy
tylko drzwi zaczynają się otwierać z cichym piknięciem, odbezpieczam granat i
wrzucam go do środka, pewniej chwytając broń. Kiedy tylko słyszę huk, wsuwam
się do środka, nie zwracając uwagi na protesty Steve’a.
/Piętnastu..
Nie, osiemnastu. Kane-Meyer’s.
/Kiedy
strzelam do jednego z nich, coś powala mnie na ziemię, by za chwilę oplątać się
wokół mojej szyi. Odrzucam broń i próbuję rozluźnić utrudniający, niemal
uniemożliwiający oddychanie uścisk. Pod palcami wyczuwam grube ogniwa łańcucha,
którego nie mogę zerwać. Im bardziej staram się go rozluźnić, tym bardziej się
zaciska.
/Nie
mogę oddychać.
/Słyszę
odgłos strzałów, upadających ciał, nad którymi przez chwilę góruje
obezwładniający pisk komunikatora, ale nim uda mi się przekręcić na plecy,
wszystko milknie.
/Kątem
oka dostrzegam Steve’a, który wygląda na gotowego, by rzucić się i rozerwać
łańcuch na mojej szyi gołymi rękoma, ale niczego nie robi, stoi tylko wściekły
i zdesperowany, wpatrując się w coś poza moimi plecami, skąd rozlega się głos:
— Uprzejmie prosimy o porzucenie broni i pozostawienie jej moim
ludziom, panowie. — Jest to bardzo, kurwa, znajomy głos. — Inaczej nasz drogi
przyjaciel zaraz się udusi, a możesz być pewien Kapitanie, że zareaguję
szybciej niż ty.
/Steve
zaciska szczękę, uważnie śledząc wzrokiem okrążających nas żołnierzy.
— Cap… — mówi ostrzegawczo Barton i brzmi nieco chrypiąco,
niemal boleśnie.
/Oberwał?
/Z
trudem biorę haust powietrza, kiedy łańcuch zaciska się mocniej wokół mojej
szyi.
— Tik-tak, Kapitanie Ameryko — nuci, a potem dodaje z
drwiną: — Och, przepraszam – były
Kapitanie.
— Cap… —powtarza
Barton i towarzyszy temu głuchy odgłos metalu uderzającego o beton. Odrzucił
łuk. — Nie dasz rady.
/Kiedy
Steve odkłada tarczę i cofa się o krok, ucisk łańcucha wreszcie się rozluźnia.
Momentalnie zaczynam chciwie łapać powietrze, odginając głowę w tył.
/I
wtedy wreszcie ją dostrzegam, upewniając się, że tak, z niczym nie pomyliłem głosu
wiedźmy.
/Sinthea
Schmidt aka Sin, bękart Red Skulla w całej swojej okazałości stoi na żelaznej
antresoli, spoglądając na nas z góry, z rękami wspartymi na poręczy i z
rozbawionym, szyderczym wykrzywieniem
warg.
— Bucky, nic ci nie… — zaczyna Steve, ale wchodzę mu w słowo.
— Nie.
— Jak uroczo — komentuje Schmidt, schodząc na dół po schodach. — Wyglądacie
na okropnie przygaszonych, panowie. Rozchmurzcie się, będziecie świadkami
czegoś wielkiego.
/Dopiero
po wzięciu kilku głębszych wdechów dostrzegam to, co na moment sparaliżowało
Steve’a.
/Generatory
OPUS. Osiem wielkich, zmodernizowanych i połączonych ze sobą generatorów,
stojących wzdłuż ścian hali, zasilając… Cóż, nie do końca wiem, czym to jest. Na
pierwszy rzut oka przypomina potężną, oplecioną kablami, metalową framugę, na
szczycie której, w szklanej kapsule zamontowane zostało… Nie, to nie może być…
— To jakaś farsa — mówi Steve, wyrażając tym to, co sam
sądzę. — Thor użył Tesseractu, by przenieść
się do Asgardu. Cztery lata temu, w Central Parku. Byłem tam — zaznacza. — Nie
oszukasz mnie.
/Schmidt
śmieje się sucho.
— Kapitanie, jesteś głupszy niż sądziłam. To rozczarowujące.
— Krąży wokół jak sęp. Próbuję to wykorzystać, sięgnąć do ukrytego przy pasku
noża, ale kiedy tylko dotykam palcami rękojeści, sam wyślizguje się kabury i
przybija moją dłoń do betonu. Duszę okrzyk bólu za zaciśniętymi zębami. — Leżeć
— rzuca w moja stronę. Steve drga, próbując rzucić się w moją stronę, ale
ostrzegawczy strzał tuż obok jego głowy zmusza go do stania w miejscu. Wie, że
nie może głupio zaryzykować. Jeszcze nie teraz. — Hydra żyła w SHIELD przez
dekady. Naprawdę jesteś aż tak naiwny, by sądzić, że Arnim Zola – człowiek,
który okiełznał Tesseract jako pierwszy, pokornie opuściłby głowę i zrezygnował,
znów mając go na wyciągnięcie ręki? — spogląda na niego z drwiną. — Uszczknął
coś dla siebie. A potem znów, i znów… — powtarza, brzmiąc przy tym na nieco
szaloną.
/Oblizuję
wargi, starając się ignorować pieprzony nóż w mojej ręce.
— Ale wciąż miał zbyt mało próbek. Dlatego potrzebny był OPUS
— mówi Steve, nerwowo pod siebie, a potem mierząc Schmidt ostrym wzrokiem. —
Cała reszta była bujdą, graniem na czas. Nie chcieliście Red Roomu. Chcieliście
generatorów.
.Schmidt
pokazuje zęby, na znak, że Steve ma rację.
— Wyprowadziliście nas w pole, nie ma co — wtrąca Barton. —
Wielka szkoda, że to wszystko pójdzie na marne… Teraz! — dodaje i ledwie ułamek sekundy później wybucha chaos.
/Wyciągam
nóż z dłoni i wbijam go w łydkę stojącego najbliżej żołnierza, odbierając mu
broń, gdy Schmidt pada na beton, przygnieciona przez Langa. Powiększa się tylko
po to, by założyć jej obrożę, a potem ponownie się pomniejsza, zadając jej kila
ciosów.
/W tym
czasie Steve i Barton zdążyli odzyskać broń i powalić kilku żołnierzy.
— Komunikatory nie działają! — Barton przekrzykuje odgłosy
wystrzałów, przebijając strzałą jednego z najemników. Teraz nikt już nie bawi
się półśrodki.
/Podcinam
nogi jednemu z nich i miażdżę mu czaszkę, deptając ją, i w niczym nie
przeszkadza mi hełm, który nosi. Jestem zły, zły jak diabli, a boląca dłoń w
niczym nie pomaga.
/Kiedy
słychać ciche piknięcie i drzwi z szumem, z trzaskiem zaczynają się zamykać, Steve
nie czeka, nie przejmuje się atakującym go żołnierzem, a rzuca tarczą, blokując
nią zamykający się mechanizm. Jest bezbronny, ale uderzam metalową pięścią w
głowę ostatniego z żołnierzy, który pada na ziemię.
— Tym razem się udało. Gratulacje, Herr Kapitän — rozlega się
komputerowy głos, a ja ściągam brwi, bo skądś go, kurwa, znam.
— Zola — mówi głucho Steve,
z nienawiścią spoglądając na główny ekran, zajmujący niemal całą ścianę pod
żelazną antresolą. Całkowicie ignoruje obezwładnioną przez Langa Schmidt, z
furią powtarzającą pytanie o to, co jej zrobiliśmy.
— We własnej osobie.
/Ekran
zaczyna migać, aż pojawia się na nim cyfrowa twarz. Jestem w stanie przysiąść,
że na krótką chwilę, cząstkę sekundy na ekranie pojawiło się logo Hydry.
— Kurwa — sapię,
przejeżdżając zakrwawioną dłonią po twarzy.
— Pocisk SHIELD cię
zniszczył — mówi głucho Steve.
— Zniszcz jedną głowę, a na jej miejscu wyrosną dwie — zauważa, a
komputery, mechanizmy, cholerne generatory zaczynają działać. — Nie łatwo mnie zniszczyć. Mam wiele kopii. W
odróżnieniu do was.
/Pieprzona
framuga, jakiś chrzaniony portal zaczyna działać, iskrzyć. Bijące od niego
błękitne światło jest oślepiające, zmusza do zmrużenia oczu i odwrócenia
wzroku.
/Zerkam na
Bartona – bladego, niemal sinego i oniemiałego, i Steve’a, który mówi:
— Nie wiecie, co możecie
sprowadzić!
— Ależ wiemy, Kapitanie.
/Schmidt
wybucha pozbawionym radości śmiechem, drażniącym i mającym w sobie coś
szalonego.
— Mój ojciec wróci! — cedzi. — A wtedy HYDRZE w końcu uda się
zaprowadzić nowy porządek, w którym nie będzie miejsca dla takich jak wy….
— Co… Nie… — głos
Zoli jest rwący, a w końcu niknie, zastąpiony mechanicznym komunikatem i
migającym, czerwonym światłem alarmów. — Przeciążenie!
Uwaga! Przeciążenie!
— To Jennifer — mówi Steve, wyciągając komunikator z ucha.
Nawet stąd słyszę jego pisk. — Musiała zrobić coś nie tak.
/Portal
zaczyna niebezpiecznie iskrzyć, jego rwąca powierzchnia wygląda niemal wylewa
się zza ramy.
/Schmidt
zrzuca z siebie Langa i podrywa się na nogi szybciej, niż moglibyśmy się
spodziewać. Kiedy stojący najbliżej Barton rzuca się, by ją obezwładnić, ta
podcina mu nogi i odpina coś – coś na tyle małego, że na pierwszy rzut oka nie
potrafię zidentyfikować czym jest – rzucając w jego stronę.
/Jest
małe, kilkunastomilimetrowe i wczepia się w jego szyję.
/I pika
głośno, z każdą sekundą coraz szybciej.
/I jest
pieprzonym ładunkiem wybuchowym.
/Barton
próbuje oderwać to ze swojej szyi, z coraz większą i coraz bardziej widoczną
paniką, ale nie daje rady. Im bardziej będzie szarpać, tym głębiej będzie się
to wbijać.
— To za Brocka, Kapitanie! — krzyczy i nie ma już śladu po
zimnym opanowaniu, jest już tylko szaleństwo.
/Bombka
zaczyna pikać coraz szybciej.
/Nie patrzę Bartonowi w oczy.
/Nie patrzę Bartonowi w oczy.
— Wiejcie, do jasnej cholery! — wrzeszczy Barton. Steve
próbuje zaprotestować, ale ten krzyczy jeszcze głośniej. — Już!
/Schmidt
rzuca się do ucieczki, ale Barton strzela do niej, opętując jej nogi.
/Nie
czekam na nic, tylko szarpię Langa i biegnę w stronę zablokowanych przez tarczę
drzwi. Ten obraca się jeszcze i rzuca czymś w stronę jednego z generatorów, a
potem zmniejsza się na tyle, by schować się w mojej metalowej pięści.
— Steve! —
wrzeszczę, oglądając się za siebie, gdy ten się ociąga. Kątem oka dostrzegam,
że Lang użył jednego z dysków zmniejszających, dzięki czemu wybuch straci na
silę.
/Zwalniam
przy drzwiach, przepychając przez nie Steve’a, a kiedy odwracam się, by
wyciągnąć tarczę, mam wrażenie, że wszystko zwalnia.
/Ostatnim,
co rejestruję, jest huk, a potem…
***
/Kiedy
odzyskuję przytomność, nie mogę oddychać.
/Płuca
bolą, usta pełne są krwi i pyłu. Każda część ciała wyje z bólu, a wszystkim, co
widzę wokół jest gruz.
/Dlatego
nie mogę się ruszyć? Dlatego wszystko tak boli i…?
/Przekrzywiam
głowę, starając się ograniczyć ruchy do minimum, i kaszlę, wypluwając krew.
/Dlaczego
nie mogę ruszyć nawet palcem? Gdzie moje…? Czemu zupełnie nie czuję nóg?
Powinny mnie boleć, powinny…
/Nie
mogę oddychać.
/Nie mogę...
/Nie mogę...
/Ostatnim,
co wiedzę, zanim znów tracę przytomność, jest gruby pręt wystający ze środka
mojej klatki piersiowej.
***
N: Mówiłam, że znajdzie się tu odniesienie
do dwóch komiksowych śmierci. To takie małe mrugnięcia w stronę kanonu, nic
większego:
1) W Avengers #502 kołczan zaczyna płonąć, by w końcu wybuchnąć, niszcząc
statek Kree. Tutaj mamy granat i bazę Hydry.
2) W Fear Itself #3 Bucky zostaje przebity rękojeścią młota. Tutaj mamy pręt.
Nie wiem co powiedzieć. Zwrot akcji idealny, 50tkę prosimy prędzej!
OdpowiedzUsuń"Kiedy słychać ciche piknięcie i drzwi z szumem, z trzaskiem zaczynają się zamykać, Steve nie czeka, nie przejmuje się atakującym go żołnierzem, a rzuca tarczą, blokując nią zamykający się mechanizm. Jest bezbronny, ale uderzam metalową pięścią w głowę ostatniego z żołnierzy, który pada na ziemię.
OdpowiedzUsuńKiedy słychać ciche piknięcie i drzwi z szumem, z trzaskiem zaczynają się zamykać, Steve nie czeka, nie przejmuje się wycelowanymi w niego lufami, a rzuca tarczą, blokując nią zamykający się mechanizm."
Chyba dwie wersje ci się wkradły.
No i nie wiem, co powiedzieć. Zupełnie nie wiem.